Lorem ipsum

Czytanie i pisanie książek wydawało mi się oczywiste jak oddychanie. Rozmowa z Jakubem Żulczykiem

Twierdzi, że chciał pisać od zawsze, a pasję do literatury rozwinęła w nim mama. W klimatycznym wnętrzu Browaru Namysłów Jakub Żulczyk opowiada Marcinowi Prokopowi o swoich literackich początkach i wydanej niedawno powieści "Czarne słońce".

Marzył o tym, żeby jego książki powtórzyły sukces Doroty Masłowskiej, ale w chwili, gdy debiutował na rynku powieścią "Zrób mi jakąś krzywdę… czyli wszystkie gry video są o miłości", nikt nie rokował mu aż tak zawrotnej kariery w literackim świecie. Dziś Jakub Żulczyk jest jednym z najchętniej czytanych autorów w Polsce, jego publikacje są systematycznie wznawiane, a słynna powieść "Ślepnąc od świateł" doczekała się serialu, który zdobył wiele nagród i wyróżnień. Wiele wskazuje na to, że wydane pod koniec ubiegłego roku "Czarne słońce" także będzie święcić triumfy. Jak autor wspomina swoje pisarskie początki i co sprawiło, że wybrał właśnie ten kierunek?

Wikingowie, Indianie, komiksy i szkoła
Rodzice Jakuba Żulczyka nie mieli wątpliwości, że syn będzie chciał związać swoją przyszłość z literaturą. Nauczył się czytać i pisać mając zaledwie trzy lata i niedługo potem miał już na swoim koncie pierwsze pisarskie doświadczenia. Dziecięcym debiutem była komiksowa historia, do której samodzielnie stworzył wszystkie ilustracje. Żulczyk wspomina także swoje kolejne twórcze próby i inspiracje, które sprawiły, że chwycił za pióro.

- Jak miałem sześć lat, napisałem powieść o wikingach. Ci wikingowie zmienili się w trakcie powieści w Indian, bo gdy ją pisałem, najpierw czytałem "Thorgala", a potem zacząłem czytać książkę o Indianach, "Złoto Gór Czarnych". Jak miałem dziesięć lat, napisałem kryminał o pisarzu, któremu rzeczywistość miesza się z książką, którą pisze. Obejrzałem wtedy w telewizji film "Barton Fink", który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Pisanie to był po prostu mój sposób spędzania wolnego czasu – twierdzi Żulczyk.

Nie był dobrym uczniem. Jako dziecko miał duże problemy z koncentracją, zmuszał się do nauki przedmiotów, które go nie interesowały, a niechęć przekładała się na kiepskie wyniki na świadectwie. Przyznaje, że maturę zdał cudem. Szczególnym wyzwaniem była historia, ale na szczęście na egzaminie pomógł mu nauczyciel, dzięki czemu Jakub mógł bezkolizyjnie rozpocząć naukę na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kolejnym etapem na jego edukacyjnej ścieżce była amerykanistyka. Wspomina, że to właśnie podczas studiów pojawił się ktoś, kto dostrzegł jego literacki potencjał.

- Miałem taką wykładowczynię, chodziłem do niej na zajęcia z pisania. Miałem 20 lat i bardzo nieśmiało zaczynałem pisać opowiadania. Dostaliśmy zadanie, żeby napisać felieton – ona przeczytała mój i powiedziała, że mam talent i powinienem pójść w tę stronę. Sam nigdy wcześniej nie rozważałem pisania powieści…

Z małego opowiadania wielki debiut
Debiutował w wieku 25 lat książką dla młodzieży "Zrób mi jakąś krzywdę… czyli wszystkie gry video są o miłości". Zanim dzieło urosło do rozmiarów powieści, było zaledwie opowiadaniem, które Żulczyk zdecydował się przesłać do redakcji miesięcznika kulturalnego "Lampa". Tekst zyskał aprobatę redaktora naczelnego magazynu, Pawła Dunina-Wąsowicza, który zaproponował młodemu pisarzowi, żeby rozbudował fabułę tej historii. Żulczyk wspomina spotkanie z naczelnym tak:

- Przyjechałem, Dunin mnie posadził i mówi: "Uspokój się. Nic z tego nie będzie. Ja ci wydam tę książkę, może dostaniesz jakąś robotę, pójdziesz pracować do gazety i tyle. Nie licz na to, że to będzie sukces jak "Wojna polsko-ruska". To się już raz wydarzyło". Nie straciłem zapału, wręcz przeciwnie. Dunin zachował się wtedy jak dobry nauczyciel zen. Od razu dał mi w łeb.

Po dobrze przyjętym debiucie Żulczyk nie zwolnił tempa – w każdym roku do księgarń trafia nowa pozycja jego autorstwa. Okazuje się, że "Radio Armageddon", "Instytut", "Zmorojewo" i "Świątynia" to zaledwie przedsmak wspaniałej literackiej uczty, którą uraczy swoich czytelników w 2014 r. Mowa oczywiście o mrocznej, trzymającej w napięciu powieści "Ślepnąc od świateł".

- Chciałem napisać książkę o upadku złudzeń. O tym, jak bardzo chcemy swoje życie wyreżyserować, coś osiągnąć. A po to głównie przyjeżdża się do Warszawy. Żeby zrobić karierę, zmienić życie na lepsze, wspinać się po jakiejś drabinie. Zresztą taką potrzebę mają w sobie nie tylko przyjezdni. Mieszkałem w innych miastach w Polsce i nie zauważyłem, żeby ludzie tak szybko biegali, żeby coś upolować, wyszarpnąć z rzeczywistości – przyznaje autor.

Książka pisana z myślą o serialu?
Sukces "Ślepnąc od świateł" zdecydowanie przyćmił poprzednie publikacje Żulczyka. To była pierwsza pozycja, która sprzedała się w tak dużym nakładzie. Pisarz nie ukrywa, że już na etapie pracy nad powieścią myślał o jej ekranizacji.

- Kiedy zacząłem pisać "Ślepnąc od świateł", w kinach było "Hardkor Disco" Krzyśka Skoniecznego. Poszedłem na to do kina i kiedy oglądałem ten film, poczułem, że koniecznie muszę z nim pracować. Spotkaliśmy się tego samego wieczoru na imprezie u Doroty Masłowskiej. Wiedziałem, że chcę z nim pogadać o tym, co wtedy pisałem. Powiedziałem mu: "Stary, mam coś, co koniecznie muszę ci wysłać".

Reżyser zabrał maszynopis nieukończonej jeszcze powieści na spotkanie z HBO. Fabuła i treść spotkały się z dużym zainteresowaniem Izabeli Łopuch, która zdecydowała o realizacji serialu. Prawa do ekranizacji zostały zabezpieczone przez HBO, jeszcze zanim książka ukazała się na rynku.

Jakub Żulczyk pytany o swój największy sukces, wskazuje właśnie sukces produkcji HBO opartej na kanwie swojej powieści. Sposobem na ucieczkę przed presją i ogromną popularnością była praca. Podczas gdy polscy widzowie zachwycali się porywającą fabułą serialu "Ślepnąc od świateł", pisarz był już skoncentrowany na zupełnie nowym literackim projekcie – powieści "Wzgórze psów". Książka ukazała się na rynku w kwietniu 2017 r. O jej problematyce autor mówi tak:

- To opowieść o pewnym skazaniu. Na samego siebie. Na to, co jest nam wrodzone i czego nie da się ani przeskoczyć, ani obejść. Moja poprzednia książka, "Ślepnąc od świateł", też tak naprawdę o tym była. Mamy czasy sprzyjające autokreacji, w mediach społecznościowych ludzie non stop zmieniają siebie w kogoś innego, tworząc wyreżyserowane wizerunki. Ale kiedy próbujesz przeprowadzić taką operację w tak zwanym realu, uciec od siebie, jest to skazane na porażkę. Ale na innych poziomach jest to opowieść o sprawiedliwości. Bo sprawiedliwość to też jest coś, co zawsze mnie interesowało.

Nie chce być postrzegany jako wizjoner
Odważnym i bezkompromisowym powieściom Żulczuka przypisuje się często misję zmieniania świata. Sam pisarz nie czuje się jednak propagatorem żadnych idei, ani gotowych rozwiązań. Po premierze ostatniej ze swoich książek stwierdził, że jego jedyną misją jest sianie zamętu i skłanianie czytelników do głębszej refleksji nad otaczającą ich rzeczywistością.

- Ja nie jestem od rozwiązywania problemów ani od podsuwania koncepcji, jak to zrobić, ale można powiedzieć, że jest to opowiedzenie się po jakiejś stronie moralnej, światopoglądowej w konsekwencji. Jakby mnie ktoś pytał, to ja mówię, że to mi się nie podoba. Piszę po raz pierwszy książkę, która próbuje sprzedać kopa w rzeczywistość, a nie tylko ją pokazać. Pisanie tej książki jest czymś, co po raz pierwszy w życiu można nazwać aktem odwagi.

Pisanie scenariuszy utorowało mu drogę na szczyt?
W roli scenarzysty debiutował w 2008 r. Wtedy napisał 3 odcinki "Brzyduli". Później był "Belfer". Pisał scenariusze do teledysków (np. dla Sokoła), do reklam. Czy wiąże długofalowe plany z pracą przy filmach i formatach telewizyjnych?

- "Brzydula" dała mi tyle, że nauczyłem się samego formatu pisania scenariusza. A "Belfer" to była już prawdziwa szkoła zawodu, o tyle przyjemna, że pracowaliśmy z Moniką Powalisz na naszym własnym, autorskim pomyśle, ale o tyle trudna, że byłem już przecież jakoś tam rozpoznawanym autorem, który wydał parę książek. A tutaj zacząłem pracę zupełnie od zera, jako kompletny debiutant. Muszę podziękować szczególnie Wojtkowi Bockenheimowi, producentowi "Belfra", który pierwszy uwierzył w ten projekt i przeprowadził mnie przez całą tę oślą łączkę.

Żulczyk nie ukrywa, że aktywność w świecie filmu przekłada się na wyniki sprzedaży jego powieści.

– Przed serialem było dobrze, książki się sprzedawały, ale po serialu nastąpiła jakaś szajba – przyznaje szczerze.

Jakie są dalsze filmowe i literackie plany Jakuba Żulczyka? Nad czym pracuje obecnie autor "Ślepnąc od świateł" i czy doczekamy się niedługo kolejnych ekranizacji jego dzieł? O tym wszystkim dowiecie się z najnowszego odcinka "Z tymi co się znają". Sprawdźcie, jakie sekrety zdradził Marcinowi Prokopowi jeden z najpopularniejszych polskich pisarzy.

Przeczytaj również:
Wyłącz Adblocka, aby w pełni cieszyć się zawartością tej strony.