Lorem ipsum

"Musiałem się przekonać, czy to rzeczywiście jest takie trudne". Triathlonista Robert Karaś

11,4 km wpław, 540 km jazdy rowerem i 126,6 km biegu. A wszystko w rekordowe 30 godzin 48 minut i 57 sekund. Mistrz świata i rekordzista świata w triathlonie na dystansie potrójnego Iromana oraz mistrz świata na dystansie podwójnego Ironmana – Robert Karaś – o swoich początkach opowiada Marcinowi Prokopowi podczas rozmowy w Browarze Namysłów. I z rozbrajającą szczerością przyznaje: widząc, jak uczestnicy cierpią, pomyślałem: "fajnie, idę tam".

W ubiegłym roku, ustanowiony 15 lat wcześniej, rekord świata na dystansie potrójnego Ironmana Karaś pobił o 59 minut. Na metę wbiegł 2,5 godziny przed następnym zawodnikiem. W maju ustanowił nowy rekord Polski w triathlonie. Podczas zawodów IronCat w hiszpańskim L’Ampolla przepłynął 3,8 km, przejechał rowerem 180 km i przebiegł maraton (42,2 km) w 8:13:43. W sierpniu pobił kolejny rekord świata, tym razem na podwójnym dystansie Ironmana. Jego czas to 18:44:38.
Ten były strażak (nie dało się pogodzić intensywnych treningów z pracą) dziś jest trenerem w grupie TeamKaraś, gdzie szkoli triathlonistów amatorów. I zawodnikiem, którego od siedmiu lat i przy każdym starcie wspiera profesjonalny team z żoną Natalią na czele.

Talent zapisany w genach

Bohater najnowszego odcinka programu "Z tymi co się znają" nie miał łatwych początków. Mimo talentu ze Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Gdańsku wyleciał za… lenistwo. Nigdy nie należał do grzecznych chłopców, jak przystało na indywidualistę nie przyjmował tego, co mówią inni. Swoje podejście do sportu zmienił dopiero w wieku 23 lat, gdy poznał triathlon.

– Przeglądając YouTube i filmy z mety największego na świecie triathlonu na Hawajach, widziałem ludzi słaniających się na nogach i na własnej skórze chciałem się przekonać, czy rzeczywiście jest to takie trudne – zdradza Marcinowi Prokopowi.

Pierwsza próba – w klubie w rodzinnym Elblągu – szybko skończyła się porażką. Zerwane więzadła krzyżowe unieruchomiły Karasia na dłużej. Gdy odzyskał zdrowie, wrócił do treningów. Pierwszego Ironmana w Szczecinie skończył na drugim miejscu.

– Nie potrafię się poddać, walczę do końca, kocham rywalizację, ale też potrafię żyć z porażką, myślą, że ktoś jest lepszy ode mnie. Tych porażek na drodze do mistrzostwa trochę jest – przyznaje.
Predyspozycje do pokonywania długich dystansów Karaś ma w genach. Jego brat – Sebastian, jako pierwszy człowiek na świecie, przepłynął Bałtyk. Pokonanie 100 km zajęło mu 28 godzin i 30 minut. Robert Karaś trenuje codziennie przez ok. 6 godzin, w tygodniu ma dzień przerwy. Zaczyna od pływania (4,5 km), następnie wsiada na rower (jeździ 3 godziny), a na koniec przebiega 15-18 km. Dwa razy w tygodniu ma symulację wyścigu na skróconych dystansach oraz trening siłowy.
Jak godzi treningi z życiem rodzinnym? – Bliscy muszą dać zawodnikowi zielone światło. Jestem zawodowcem, trenuję 30 godzin tygodniowo. Większość w czasie, gdy Natalia jest w pracy – mówi.

Pizza na przetrwanie
Na dystansie potrójnego Ironmana w niemieckim Lensahn w ekstremalnych warunkach (przy 30-stopniowym upale) ubrani w pianki zawodnicy zaczęli od przepłynięcia 11,4 km w 50-metrowym basenie. Temperatura wody: 30°C.

– Musiałem zwalniać, by się nie przegrzać. Podczas nawrotów, gdy zmieniałem pozycję i woda przelewała się przez piankę, czułem "wrzątek". Co 2 km robiłem 15-sekundowy postój, w tym czasie członkowie mojej ekipy okładali mi kark i głowę lodem. Już w tej konkurencji uzyskałem ok. 30 minut przewagi – wspomina Robert Karaś.

Po wyjściu z wody i szybkiej zmiany pianki na strój kolarski zawodnicy mieli do przejechania 540 km rowerem, 67 8-kilometrowych pętli o przewyższeniu 44 metrów każda (łączne 2700 m).

– To było piekło. Oddychanie przez 15 godzin rozgrzanym od asfaltu powietrzem było nie do wytrzymania, słońce przepalało mózg. Co 8 kilometrów wylewałem na głowę bidon lodowatej wody. W nocy trzeba było walczyć z rojem muszek, które lgnęły do rowerowych świateł – opowiada Karaś.
I na koniec potrójny maraton – 126,6 km i aż 96 pętli (przewyższenie 1320 m). Start o godz. 2 w nocy.
– Całkowicie straciłem ochotę na jedzenie, wypiłem wówczas ze 30 zmrożonych soczków w kartonikach. Poprosiłem też o kilka kawałków pizzy. Pierwszy postój zrobiłem na 60. km, pojawiła się wtedy myśl: to dopiero połowa. Pomógł krótki masaż – mówi zawodnik.

Kryzys? Brak! – Najgorszy był upał, martwiłem się, by się nie przegrzać i nie odwonić, ale poważniejszych załamań nie miałem. Wiedziałem, że będzie ciężko i mam cel do osiągnięcia. Byłem zaprogramowany tak, by w zdrowiu i najlepiej jak potrafię dobiec z punktu A do punktu B – przyznaje. I dodaje: – Gdy widziałem mój team, moją żonę, przyjaciół, mojego psa, to zapominałem o momentach zwątpienia. Biegłem dla nich.

Po potrójnym Ironmanie Robert Karaś nie spał prawie 3 dni, a drugiego dnia na nowo uczył się chodzić. Trzeciego wszystko puściło i poczuł, że znów może biegać.

Cel? Hawaje

Marzeniem zawodnika jest start w – najważniejszych i najbardziej prestiżowych zawodach triathlonowych – Mistrzostwach Świata Ironman w Kona na Hawajach. Na starcie co roku ustawia się światowa czołówka.

Planuje też kolejne starty w triathlonach i powrót na dystans potrójnego Ironamana. Bo trening i wysiłek uzależniają. Czas wciąż ma. Karaś skończył 30, a w zawodach biorą udział osoby po 40.
W murach Browaru Namysłów najsłynniejszy polski triathlonista zdradza Marcinowi Prokopowi, jak wyglądają przygotowania, także jeśli chodzi o nastawienie psychiczne i co motywuje go do morderczego wysiłku. W najnowszym odcinku programu "Z tymi co się znają" wraca też do przeszłości i swojej zbuntowanej natury, która – już w nowych warunkach – odzywa się w nim i dziś.
Więcej odsłon tej serii rozmów znajdziecie na kanale Browar Namysłów TV w sieci YT.

Przeczytaj również:
Wyłącz Adblocka, aby w pełni cieszyć się zawartością tej strony.