Lorem ipsum

"Ośmieszyć nie chcę się tylko przed sobą". Kortez w gościnie u Marcina Prokopa

Jako dziecko chciał być m.in. złodziejem, uczył się w szkole muzycznej w klasie puzonu, był panem od rytmiki w przedszkolu, pracował na budowie i jako ochroniarz w Biedronce… Czego jeszcze nie wiesz o Kortezie? Sprawdź w najnowszym odcinku "Z tymi co się znają".

Trzydziestoletni dziś Kortez, czyli tak naprawdę Łukasz Federkiewicz, urodził się w Krośnie i wychowywał się w Iwoniczu na Podkarpaciu. W dzieciństwie chciał być pilotem, piłkarzem, potem miliarderem, złodziejem i płatnym mordercą (owszem, dużo grał w Hitmana). Ponadto już od najmłodszych lat lubił słuchać muzyki klasycznej. Jego rodzice pracowali w domu pomocy społecznej (mama jako opiekunka, tata jako złota rączka), który prowadzili zakonnicy. Jeden z nich uczył go grać na fisharmonii. Od swojej chrzestnej dostał w wieku ok. 9 lat kolekcję płyt Chopina, co rozpaliło w nim ogromną miłość do fortepianu - już w gimnazjum zaczął tworzyć swoje pierwsze miniatury fortepianowe.

- Jak byłem mały, zamiast kopać w piłkę, słuchałem muzyki klasycznej – wspomina Kortez. - Siedziałem w domu, mama się zastanawiała, czy jestem normalny, bo wszystkie normalne, małe chłopaki gonią na podwórku z piłką - a ten siedzi przy oknie i słucha muzyki.

Barwne CV

Studiował edukację artystyczną w zakresie sztuki muzycznej. Zaczął uczyć dzieci, z którymi zresztą dobrze się dogadywał. Z pracodawcami jednak nieco mniej, bo nie podobało im się, jak wyglądał. Że chodzi w bluzie z kapturem, goli głowę na łyso i nie wzbudza zaufania rodziców. Kiedy jednak poprosili go, żeby nosił "sweterek w serek", nie miał z tym problemu. Gdy w 2012 r. urodził się jego syn (Kortez miał wtedy 23 lata), podjął pracę na budowie, bo za pieniądze zarabiane w przedszkolu nie był w stanie utrzymać rodziny.

- Kiedy zakładasz rodzinę, musisz na nią zarobić. Nie patrzysz, czy wieje, czy leje, czy ktoś cię w pracy wkurza, tylko czy na koniec miesiąca finanse się zgadzają. Zaczynałem jako pomocnik, sześć złotych za godzinę. Niestety, niewykwalifikowanych, takich jak ja, zwalnia się na zimę, bo nie ma dla nich pracy.

Zatrudnił się więc w składzie drzewnym. Jak mówi, trzeba było pojechać do lasu, załadować drewno na samochód, przywieźć, pociąć, rozwieźć ludziom. Jednak praca na dworze zimą ma oczywiste minusy w efekcie wciąż chorował i był zmuszony szukać nowej pracy. Znalazłem posadę ochroniarza w Biedronce.

- Pomyślałem: super, w sklepie jest ciepło - wspomina. - Okazało się, że to nie taka fajna praca, bo musisz wykazywać się "ujęciami". Łapanką. Nie czułem żalu, kiedy łapałem bogatych za parówki ukryte pod płaszczem, ale gdy bezdomny ściągał bułkę, już tak. Pracowałem rok, szybko miałem dość.

Szczęście w nieszczęściu

W 2013 r. młody ojciec za namową swojej siostry wziął udział w przesłuchaniach do programu "Must be the music". Wprawdzie nie przeszedł castingu, jednak może tak właśnie miało być? Wypatrzył go tam bowiem Paweł Jóźwicki, który zaproponował mu współpracę, mówiąc, że ma małą wytwórnię w Warszawie (Jazzboy).

- Wybiegł za mną facet, przedstawił się jako Józek i poprosił, żebym wysłał mu swoje piosenki – tłumaczy Marcinowi Prokopowi w Browarze Namysłów. - Nie chciałem tego robić. Obcy chce coś mojego? Nie znam się na prawie autorskim i show-biznesie. Bałem się, że ukradnie moje numery. Ale sprawdziłem w internecie kim jest ten gość, jakie płyty ma na koncie: Myslovitz, Anię Dąbrowską, Brodkę, i postawiłem wszystko na jedną kartę.

Zaowocowało to przeprowadzką do Warszawy, gdzie, jak przyznaje Kortez, czuł się obco i w każdej wolnej chwili wracał do rodziny do Iwonicza, mimo że równało się to siedmiu godzinom w podróży. Mieszkał w biurze Jazzboya – była tam łazienka, spał na kanapie w studiu - ale jednocześnie pracował na budowie.
- Po robocie jechałem do studia, gdzie czekał na mnie producent. On dłubał w piosenkach, a ja przysypiałem. Budziłem się koło północy, słuchałem tego co zrobił, dyskutowaliśmy.

Jak wygląda jego praca nad utworami?

Teksty pisze Agata Trafalska, w oparciu o notatki czy szkice Korteza. Podparte są też długimi wspólnymi rozmowami. Sam Kortez, jak przyznaje, sporo pisze - wiersze, sentencje, małe opowiadania - a potem przekazuje to wszystko Agacie. Przy spisywaniu swoich myśli używa telefonu. Notuje w pociągu, samochodzie, samolocie, w domu albo studiu. Dosłownie wszędzie.

- Jasne, można chodzić z notesem, nawet kupiłem sobie jakiś tam mały notes, ale niezręcznie się z nim czuję. Mam telefon i mam go przy sobie, więc zawsze można sobie wpisać wszystko w notatnik, niezależnie od miejsca i czasu.

Skąd bierze natchnienie? Jak mówi, przychodzi taki moment, kiedy nie ma żadnego natchnienia, ale potrafi też bawić się z synem klockami i nagle idzie do pianina. Takie momenty przychodzą także, kiedy idzie ulicą. Co wtedy? Sięga po telefon, włącza dyktafon i zwyczajnie to nagrywa. Swoją drogą miny mijających go przechodniów muszą być ciekawe...

Niemniej, cokolwiek robi, tworząc swoje piosenki, wszystko działa. Jego debiutancka pełnowymiarowa płyta "Bumerang" ukazała się w 2015 r. i pokryła podwójną platyną. Na uznanie branży nie trzeba było zresztą długo czekać. Wiosną 2016 r. Kortez otrzymał Fryderyka dla debiutanta roku. W tym samym roku wydał złożony z sześciu piosenek "Minialbum" i płytę koncertową, zaś jesienią 2017 r. drugą płytę "Mój dom". Można powiedzieć, że schemat się powtórzył - podwójna platyna i kolejny Fryderyk, tym razem za piosenkę roku ("Dobry moment"). Ogólnie jego płyty sprzedały się dotąd w ok. 100 tysiącach egzemplarzy.

To jeszcze nie koniec

Jak wspomina współpracę przy jednym z największych przebojów ostatnich lat i współpracę z Dawidem Podsiadło i Krzysztofem Zalewskim? Dlaczego nie nagra swoich dotychczasowych płyt w wersji symfonicznej? Jakie ma marzenia z filharmonią w tle? Jak czuje się z wizerunkiem "pana od smutnych piosenek"? I wreszcie - kiedy światło dzienne ujrzy jego nowa płyta? Na te i wiele innych pytań Kortez odpowiada Marcinowi Prokopowi w murach Browaru Namysłów.

Przeczytaj również:
Wyłącz Adblocka, aby w pełni cieszyć się zawartością tej strony.